Nie odróżniasz wśród słów pajęczyn, co pokryły łąki i pierwszym promieniem słońca, gubią rosę po lecie. Czuję, przez otwarte drzwi wiatr ciągnie do mnie, nogi chłodem owiewa, tłumaczy ułożone puzzle. Koniuszkami słów zapalam światło na jesień w domu, dla Ciebie, dla nas na schowany październik pod kocem wrzosowym, na ten listopad gdzie migocą w oddali tańczące płomienie zmęczonych życiem i oswojone przy suśni grudnie, stycznie rozległe w białość i z lutowej herbaty, cały aromat na wiosnę, od lata we mnie wzbierała, od urodzenia, nie potrzebuję Twojej zgody, by zrozumieć, jak daleko zaszłeś. Wtedy, w pociągu, ta pełnia po lewej stronie do myśli przywiązana. Wiedziałeś.