Nocą pojawiają się uroszczenia, które nie zdążyły zasnąć, na samiutkim końcu drogi dyluwialnej, biegnę ja przepasana trzosem z laską cyprysową w dłoni. Przedłuża się chłodna kropla na moim czole, która zbacza z wędrujących myśli, sprzyja ożywionym rysom, wyoranym w odpowiedzi, białe milczy wapno ścian w całości dla wzroku innych, szamocze się w szkarłacie i purpurą dostyga w progach dnia, ulega przemianie, od lat śpiewana z ust kochanków, Pieśń. U źródeł zarania, pył z wody, światło z sufitu.

To jest taki tekst, który bardziej się czuje niż rozumie dosłownie. Ma w sobie coś z nocnego snu albo fragmentu starego obrazu — dużo symboli, kolorów i dziwnych skojarzeń, które zostają gdzieś z tyłu głowy. Lubię, kiedy poezja nie podaje wszystkiego na tacy, choć czasem zastanawiam się, gdzie jest granica między tajemnicą a chaosem. Czytając takie rzeczy, każdy chyba dopisuje własną historię, bo inaczej odbieramy te same obrazy.
OdpowiedzUsuńCiężko jest niewprost pisać, tworzyć słowa dla języka, ale właśnie to, że poczułeś, raduje mnie bardziej niż zrozumienie słów. Dziękuję.
Usuń