Przejdź do głównej zawartości

Kto, kim


 Josif Brodski

[...] z biegiem lat wraca mi słuch, co poprzednio znikał pośród milczenia.




Nie ważne kto, kim jest i był, że żywy dobywa na światło, błyszczące jej oczy, ziemi, rękami wody obmyły rany, zaklęte w ptakach słowa, dały muzykę, Pieśń nad pieśniami od bogów, rozwiane wśród skrzydeł, którymi wznosisz się co rano z obłoków snów pamiętanych, niedostępnych nikomu. Kim jesteś, zapytało życie, kim jesteś światłości, która złoci połoniny, wody srebrzy i listowiem poruszy, w burzy schroni, blaskiem niebo otworzy, do snu utuli, łzy wyzbiera z policzków i otworzy oczy. 


Komentarze

  1. Brodski potrafił chyba uchwycić ten moment, kiedy po latach zaczynamy inaczej słyszeć świat — mniej przez hałas codzienności, a bardziej przez własne doświadczenia. Podoba mi się myśl, że czasem nie odzyskujemy czegoś nowego, tylko na nowo odkrywamy to, co było obok nas cały czas.

    OdpowiedzUsuń
  2. [...] tuż przy szczytach strzelistych w nowym zmierzchu na oka mgnienie, znowu ujrzysz, na nowo ujrzysz wygasające

    OdpowiedzUsuń
  3. Czasem długo zadajemy sobie pytania, całe życie szukamy siebie i tego, co często jest obok, nawet tego nie dostrzegając. Oczy patrzą ale nie zawsze widzą.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wiatr

  A gdybym była Tobą, kim bym była? Jeśli się zmieniam,  to naturalnie i nie mogę przecież wiedzieć, czy lepiej byłoby bez zmian, czy może lepiej nie wiedzieć kiedy odejdę, nikt mną nie będzie. Dopełnienia sklejają się razem, wypełniając ubytki w lustrach prząśniczki, dzieweczki, niteczki, ochrypłe głosy, śpiewne kosy, manna czółenka z wątkiem, wędrujące w osnowie wieżowce na ustach, w dół oczy, podnieście powieki, niebo jest tutaj. Słucham przez szczeliny między wiatrem odkryte, nie boję się zieleni, myślę o tym, że gorąc zmienia wszystko, pot zmywa kurz ze skóry, włosy wilgotne i usta, serce topnieje.

Później

  Nie mam o czym napisać? to wcale dobry początek ale nie szkodzi, wącham opary wczorajszego wieczoru, mielę kawę i zapasy na później układam. Bo przecież będzie jakieś później, jeśli nie jest teraz. Stanie się jeszcze wyczekane, Ty wiesz więcej, jakby odwrotną stroną mojej drogi podążasz i niesiesz nieodgadnione dla mnie. Chciałabym być pewna tego wiatru, który nocą światło rozprasza na ścianie, pętli między drzewami i maluje znaki. Próbuję sobie przypomnieć moment, kiedy zrozumiałam, że nic nie dzieje się bez Ciebie. Głaszczesz moje włosy, twarz w rękach układasz, wynosisz śmieci. Te z głowy częściej niż posegregowane spod zlewu. Dziękuję.

Rozmowa

Moją słabością jest szaleństwo. Nazywam nim wiele, nawet dwa palce owinięte chusteczką i czyszczące nos, to szaleństwo. No bo jak pchać w te małe dziurki, paluchy bez umiaru, przed każdym przywitaniem z Jaśkiem. Szaleństwem jest słyszeć, jak sfilcowana cisza gęstnieje, a bezgłośne klikanie wewnątrz, daje znak, że nie jestem sama. Na każdym parapecie, ramieniu i fotelu, w każdych drzwiach mijana. Postokroć szarpiąca drzwi obrotowe, by je zamknąć od zewnątrz i pozostać. Próbowałam esencjonalnego współistnienia, słów bez mowy komfortu, Ciebie i siebie próbowałam wywlec na manowce i wracałam przed czysty obraz, i muszę powiedzieć to Panu, kurz jak okruchy szczęścia wiruje w promieniu światła i można się tym zachwycić, można otworzyć usta i mgłę wydychać nadając jej różne kształty. Nie jesteśmy po to, by nie być, a może być jest mniejsze od żyć, jakby było kwarkiem przedziwnym, nieuchwytnym w czasie.