Przejdź do głównej zawartości

Lunatycy



 

Oniryczny obraz Jana Vanrieta Interior (2022, olej na płótnie, 70 × 50 cm)

Niebiesie odcienie, żonę to w pięćdziesięciu niebiesiach idącą w stronę jeziora wymalował. Próbuję ulepić światło, ale ono zdaje się gasnąć, chociaż powiedziała, że mam je w oczach, rozgwieżdżonych oczach i kolor wcale nie taki, a nieokreślony bo w tych oczach odbija się wszystko, w Twoich ja, chociaż w moich... zobaczysz, nie patrzysz, nie widzisz, nie ma, nie ma już, wszystko zlizałeś, każde słowo, włosy pogładziłeś i okłamałeś, nie ma, nikt nie lubi kłamstw i może to jeszcze inne wyjście to już wejście, może jutro, kiedy zechcesz wraz z dnieniem zajrzeć. Poznałam dziś słowo Szafarz i jego posługę, karmiłam kawą kobietę, łyżka po łyżce, razem się modląc, by coś mówiła, pacierza nie zapomniała nigdy, tak uroczą kobietę, zdrowaś Mario i Aniele boży, tak, Bóg jest zajęty, będziemy się do Aniołków modlić i znowu udało się, przełknęła, by modlitwę przeze mnie zapoczątkowaną, dokończyć. Ty niczego nie kończysz i dobrze, Ona naprzemiennie otwierała oczy, jakby iskrami we mnie patrzyła, to jest to dobro i ja to niosę i dla Ciebie zbieram.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wiatr

  A gdybym była Tobą, kim bym była? Jeśli się zmieniam,  to naturalnie i nie mogę przecież wiedzieć, czy lepiej byłoby bez zmian, czy może lepiej nie wiedzieć kiedy odejdę, nikt mną nie będzie. Dopełnienia sklejają się razem, wypełniając ubytki w lustrach prząśniczki, dzieweczki, niteczki, ochrypłe głosy, śpiewne kosy, manna czółenka z wątkiem, wędrujące w osnowie wieżowce na ustach, w dół oczy, podnieście powieki, niebo jest tutaj. Słucham przez szczeliny między wiatrem odkryte, nie boję się zieleni, myślę o tym, że gorąc zmienia wszystko, pot zmywa kurz ze skóry, włosy wilgotne i usta, serce topnieje.

Później

  Nie mam o czym napisać? to wcale dobry początek ale nie szkodzi, wącham opary wczorajszego wieczoru, mielę kawę i zapasy na później układam. Bo przecież będzie jakieś później, jeśli nie jest teraz. Stanie się jeszcze wyczekane, Ty wiesz więcej, jakby odwrotną stroną mojej drogi podążasz i niesiesz nieodgadnione dla mnie. Chciałabym być pewna tego wiatru, który nocą światło rozprasza na ścianie, pętli między drzewami i maluje znaki. Próbuję sobie przypomnieć moment, kiedy zrozumiałam, że nic nie dzieje się bez Ciebie. Głaszczesz moje włosy, twarz w rękach układasz, wynosisz śmieci. Te z głowy częściej niż posegregowane spod zlewu. Dziękuję.

Rozmowa

Moją słabością jest szaleństwo. Nazywam nim wiele, nawet dwa palce owinięte chusteczką i czyszczące nos, to szaleństwo. No bo jak pchać w te małe dziurki, paluchy bez umiaru, przed każdym przywitaniem z Jaśkiem. Szaleństwem jest słyszeć, jak sfilcowana cisza gęstnieje, a bezgłośne klikanie wewnątrz, daje znak, że nie jestem sama. Na każdym parapecie, ramieniu i fotelu, w każdych drzwiach mijana. Postokroć szarpiąca drzwi obrotowe, by je zamknąć od zewnątrz i pozostać. Próbowałam esencjonalnego współistnienia, słów bez mowy komfortu, Ciebie i siebie próbowałam wywlec na manowce i wracałam przed czysty obraz, i muszę powiedzieć to Panu, kurz jak okruchy szczęścia wiruje w promieniu światła i można się tym zachwycić, można otworzyć usta i mgłę wydychać nadając jej różne kształty. Nie jesteśmy po to, by nie być, a może być jest mniejsze od żyć, jakby było kwarkiem przedziwnym, nieuchwytnym w czasie.