Doprowadzić mnie do łez tylko Ty potrafisz, najczęściej ze śmiechu. Gdybyś nie potrafił zmilczeć mego gniewu, byłabym Ci nijaka, najpewniej obca. Szal ze mnie powiał we włosów koronie, gdy w białej rękawiczce róże zrywałeś, układałam słowa w wazony, jak kwiaty, niemożebnie i jeszcze więcej w ten wieczór nie patrząc, w Twoją stronę usiadłam mówiąc ze sobą, znalazłeś zastygłe słowa wśród przemilczeń i anatem. Wciąż jutra żywym byłeś i gdym spod kołdry oczy wydzierała w dal, szedłeś za mną, odkrywałeś najlepszy spomiędzy świat. Czas, bez miejsca, na długość obydwu warg, wypowiadasz przygodnie moje imię zespolone, lękiem jest dzień, Tobie noc zza trzcinniczek, księżyc pokazuje kąpiący. Lubiliśmy ten śnieg, odkrywał głód istnieniom wzdłuż naszej drogi, zdobił myśli jak koronki.
A gdybym była Tobą, kim bym była? Jeśli się zmieniam, to naturalnie i nie mogę przecież wiedzieć, czy lepiej byłoby bez zmian, czy może lepiej nie wiedzieć kiedy odejdę, nikt mną nie będzie. Dopełnienia sklejają się razem, wypełniając ubytki w lustrach prząśniczki, dzieweczki, niteczki, ochrypłe głosy, śpiewne kosy, manna czółenka z wątkiem, wędrujące w osnowie wieżowce na ustach, w dół oczy, podnieście powieki, niebo jest tutaj. Słucham przez szczeliny między wiatrem odkryte, nie boję się zieleni, myślę o tym, że gorąc zmienia wszystko, pot zmywa kurz ze skóry, włosy wilgotne i usta, serce topnieje.

Ten tekst ma w sobie coś bardzo osobistego, taką mieszankę czułości, tęsknoty i codziennej bliskości, która nie potrzebuje wielkich słów. Najbardziej podoba mi się to, że miłość nie jest tu pokazana jako coś idealnego, ale jako umiejętność bycia obok mimo złości, milczenia i trudniejszych chwil. Czasem właśnie te drobne rzeczy — czyjś śmiech, sposób wypowiadania imienia, wspólne patrzenie na zwykły śnieg — zostają w pamięci najmocniej.
OdpowiedzUsuńDziękuję, ten zwykły śnieg mnie teraz mocno ujął.
Usuń