Przejdź do głównej zawartości

Jutra

 

Doprowadzić mnie do łez tylko Ty potrafisz, najczęściej ze śmiechu. Gdybyś nie potrafił zmilczeć mego gniewu, byłabym Ci nijaka, najpewniej obca. Szal ze mnie powiał we włosów koronie, gdy w białej rękawiczce róże zrywałeś, układałam słowa w wazony, jak kwiaty, niemożebnie i jeszcze więcej w ten wieczór nie patrząc, w Twoją stronę usiadłam mówiąc ze sobą, znalazłeś  zastygłe słowa  wśród przemilczeń i anatem. Wciąż jutra żywym byłeś i gdym spod kołdry oczy wydzierała w dal, szedłeś za mną, odkrywałeś najlepszy spomiędzy świat. Czas, bez miejsca, na długość obydwu warg, wypowiadasz przygodnie moje imię zespolone, lękiem jest dzień, Tobie noc zza trzcinniczek, księżyc pokazuje kąpiący. Lubiliśmy ten śnieg, odkrywał głód istnieniom wzdłuż naszej drogi, zdobił myśli jak koronki.

Komentarze

  1. Ten tekst ma w sobie coś bardzo osobistego, taką mieszankę czułości, tęsknoty i codziennej bliskości, która nie potrzebuje wielkich słów. Najbardziej podoba mi się to, że miłość nie jest tu pokazana jako coś idealnego, ale jako umiejętność bycia obok mimo złości, milczenia i trudniejszych chwil. Czasem właśnie te drobne rzeczy — czyjś śmiech, sposób wypowiadania imienia, wspólne patrzenie na zwykły śnieg — zostają w pamięci najmocniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, ten zwykły śnieg mnie teraz mocno ujął.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wiatr

  A gdybym była Tobą, kim bym była? Jeśli się zmieniam,  to naturalnie i nie mogę przecież wiedzieć, czy lepiej byłoby bez zmian, czy może lepiej nie wiedzieć kiedy odejdę, nikt mną nie będzie. Dopełnienia sklejają się razem, wypełniając ubytki w lustrach prząśniczki, dzieweczki, niteczki, ochrypłe głosy, śpiewne kosy, manna czółenka z wątkiem, wędrujące w osnowie wieżowce na ustach, w dół oczy, podnieście powieki, niebo jest tutaj. Słucham przez szczeliny między wiatrem odkryte, nie boję się zieleni, myślę o tym, że gorąc zmienia wszystko, pot zmywa kurz ze skóry, włosy wilgotne i usta, serce topnieje.

Później

  Nie mam o czym napisać? to wcale dobry początek ale nie szkodzi, wącham opary wczorajszego wieczoru, mielę kawę i zapasy na później układam. Bo przecież będzie jakieś później, jeśli nie jest teraz. Stanie się jeszcze wyczekane, Ty wiesz więcej, jakby odwrotną stroną mojej drogi podążasz i niesiesz nieodgadnione dla mnie. Chciałabym być pewna tego wiatru, który nocą światło rozprasza na ścianie, pętli między drzewami i maluje znaki. Próbuję sobie przypomnieć moment, kiedy zrozumiałam, że nic nie dzieje się bez Ciebie. Głaszczesz moje włosy, twarz w rękach układasz, wynosisz śmieci. Te z głowy częściej niż posegregowane spod zlewu. Dziękuję.

Rozmowa

Moją słabością jest szaleństwo. Nazywam nim wiele, nawet dwa palce owinięte chusteczką i czyszczące nos, to szaleństwo. No bo jak pchać w te małe dziurki, paluchy bez umiaru, przed każdym przywitaniem z Jaśkiem. Szaleństwem jest słyszeć, jak sfilcowana cisza gęstnieje, a bezgłośne klikanie wewnątrz, daje znak, że nie jestem sama. Na każdym parapecie, ramieniu i fotelu, w każdych drzwiach mijana. Postokroć szarpiąca drzwi obrotowe, by je zamknąć od zewnątrz i pozostać. Próbowałam esencjonalnego współistnienia, słów bez mowy komfortu, Ciebie i siebie próbowałam wywlec na manowce i wracałam przed czysty obraz, i muszę powiedzieć to Panu, kurz jak okruchy szczęścia wiruje w promieniu światła i można się tym zachwycić, można otworzyć usta i mgłę wydychać nadając jej różne kształty. Nie jesteśmy po to, by nie być, a może być jest mniejsze od żyć, jakby było kwarkiem przedziwnym, nieuchwytnym w czasie.