Przejdź do głównej zawartości

Wiatr

 

A gdybym była Tobą, kim bym była? Jeśli się zmieniam,  to naturalnie i nie mogę przecież wiedzieć, czy lepiej byłoby bez zmian, czy może lepiej nie wiedzieć kiedy odejdę, nikt mną nie będzie. Dopełnienia sklejają się razem, wypełniając ubytki w lustrach prząśniczki, dzieweczki, niteczki, ochrypłe głosy, śpiewne kosy, manna czółenka z wątkiem, wędrujące w osnowie wieżowce na ustach, w dół oczy, podnieście powieki, niebo jest tutaj.

Słucham przez szczeliny między wiatrem odkryte, nie boję się zieleni, myślę o tym, że gorąc zmienia wszystko, pot zmywa kurz ze skóry, włosy wilgotne i usta, serce topnieje.

Komentarze

  1. Zmiany są konieczne i nieuniknione, życie się zmienia, my się zmieniamy. Podoba mi się Twoje pisanie, aż trzeba się zatrzymać i zamyślić. Będę wpadać.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Później

  Nie mam o czym napisać? to wcale dobry początek ale nie szkodzi, wącham opary wczorajszego wieczoru, mielę kawę i zapasy na później układam. Bo przecież będzie jakieś później, jeśli nie jest teraz. Stanie się jeszcze wyczekane, Ty wiesz więcej, jakby odwrotną stroną mojej drogi podążasz i niesiesz nieodgadnione dla mnie. Chciałabym być pewna tego wiatru, który nocą światło rozprasza na ścianie, pętli między drzewami i maluje znaki. Próbuję sobie przypomnieć moment, kiedy zrozumiałam, że nic nie dzieje się bez Ciebie. Głaszczesz moje włosy, twarz w rękach układasz, wynosisz śmieci. Te z głowy częściej niż posegregowane spod zlewu. Dziękuję.

Hope

  Sierpniem w obłokach wysyłam słowa, znikają w sobie kontury krzeseł i ramion, zlewają się blaskiem podłogi i stoły, gdzie pulsują głosy, wystrzelone jak z procy, otulają pierzyną tęsknoty W pamięci swojej, własnym ciałem zaszyłam rozłąkę, już dosyć, trzeba wstać, trzeba iść, rozpuścić w wodach śpiew Syreni, deszcz gdy jest wielki, na parapecie pląsa, szyby maluje najpierwszy. Jasność wziera i znikąd:  *"– Choć głos ci się zgrubił, już z dawien dawna od surowej mowy" Nadzieja się rodzi.  Gdy szepty staną naprzeciw siebie, niekończąca się tkanina  zasłony zedrze, z każdą minutą  "tak" i "nie" pojednania szukają, podejmując drogę nocy żaru, zieleni drzew i nieba i niczego nie chcą zasłonić cieniem niewysłowionego, z ruin przeszłości przechodzą w łąki kwietne, by pragnienie zaspokoić. Pachniało mi dziś Tobą. *Brodski w przekładzie Wirpsza