Przejdź do głównej zawartości

Gniazda III

 

Uskrzydlona w ciepły deszcz czerwcowy, pozwalając twarzy na dotyk powieki mrużyła, by na koniuszkach rzęs donieść do domu kilka wspomnień tego deszczu, który zaraz niebo rozpogodził. 

Zrzuciła z siebie: klucze, telefon, buty, zdejmując bluzkę, wyswobodziła piersi. 

Przed lustrem nie stanie, za wcześnie na ten oddech. Tam wciąż piętrzą się fałdki pamięci, jeszcze nie czują się wolne. Zrazu przyszło mi na myśl, że tak jest dobrze, najlepiej, piękna się budzę rano z myślą o mojej biblioteczce. Dziś na wpół śnienia i przebudzenia, odczytałam w oczach wiadomość, czeka na mnie stół pasujący, idealnie wymierzony, upragniony.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wiatr

  A gdybym była Tobą, kim bym była? Jeśli się zmieniam,  to naturalnie i nie mogę przecież wiedzieć, czy lepiej byłoby bez zmian, czy może lepiej nie wiedzieć kiedy odejdę, nikt mną nie będzie. Dopełnienia sklejają się razem, wypełniając ubytki w lustrach prząśniczki, dzieweczki, niteczki, ochrypłe głosy, śpiewne kosy, manna czółenka z wątkiem, wędrujące w osnowie wieżowce na ustach, w dół oczy, podnieście powieki, niebo jest tutaj. Słucham przez szczeliny między wiatrem odkryte, nie boję się zieleni, myślę o tym, że gorąc zmienia wszystko, pot zmywa kurz ze skóry, włosy wilgotne i usta, serce topnieje.

Później

  Nie mam o czym napisać? to wcale dobry początek ale nie szkodzi, wącham opary wczorajszego wieczoru, mielę kawę i zapasy na później układam. Bo przecież będzie jakieś później, jeśli nie jest teraz. Stanie się jeszcze wyczekane, Ty wiesz więcej, jakby odwrotną stroną mojej drogi podążasz i niesiesz nieodgadnione dla mnie. Chciałabym być pewna tego wiatru, który nocą światło rozprasza na ścianie, pętli między drzewami i maluje znaki. Próbuję sobie przypomnieć moment, kiedy zrozumiałam, że nic nie dzieje się bez Ciebie. Głaszczesz moje włosy, twarz w rękach układasz, wynosisz śmieci. Te z głowy częściej niż posegregowane spod zlewu. Dziękuję.

Hope

  Sierpniem w obłokach wysyłam słowa, znikają w sobie kontury krzeseł i ramion, zlewają się blaskiem podłogi i stoły, gdzie pulsują głosy, wystrzelone jak z procy, otulają pierzyną tęsknoty W pamięci swojej, własnym ciałem zaszyłam rozłąkę, już dosyć, trzeba wstać, trzeba iść, rozpuścić w wodach śpiew Syreni, deszcz gdy jest wielki, na parapecie pląsa, szyby maluje najpierwszy. Jasność wziera i znikąd:  *"– Choć głos ci się zgrubił, już z dawien dawna od surowej mowy" Nadzieja się rodzi.  Gdy szepty staną naprzeciw siebie, niekończąca się tkanina  zasłony zedrze, z każdą minutą  "tak" i "nie" pojednania szukają, podejmując drogę nocy żaru, zieleni drzew i nieba i niczego nie chcą zasłonić cieniem niewysłowionego, z ruin przeszłości przechodzą w łąki kwietne, by pragnienie zaspokoić. Pachniało mi dziś Tobą. *Brodski w przekładzie Wirpsza